Grey Shadow
hodowla kotów Maine Coon

Hamerykanka

Ponieważ po pierwszym miocie Bajry zdawałam już sobie sprawę, że jej druga ciąża może skończyć się tak, jak pierwsza - zaczęłam rozglądać się za nową kotką. Wymarzyłam sobie rudą klasyczkę z białym. Zaczęłam szukać na stronach internetowych, oglądać koty w hodowlach. Chciałam też znaleźć kotkę, która nie miałaby w liniach wielu przodków powtarzających się w Polsce. Już podczas szukania partnera dla Bajry miałam z tym problemy. Przez wspólnych z kocicą przodków musiałam zrezygnować z wielu kocurów, które mi się podobały.
Podczas wędrówki po necie znalazłam zdjęcie kocura, który mnie zafascynował. Wspaniały, rudy klasyk. Zainteresowałam się kocicami w tej hodowli. Jedna z nich mogła dać kocię, o jakim marzyłam.

Rodzina SoniW lipcu 2003 roku po raz pierwszy napisałam do hodowli. Hodowli za oceanem. Obawiałam się, że nie uda mi się przekonać hodowcy, by powierzył mi jedno ze swoich kociąt. Łatwo nie było. Wiele, wiele maili z pytaniami i odpowiedziami. Moje referencje. Dziś żartuję, że łatwiej by mi było dostać pracę w Pentagonie. Zgoda hodowcy to jedno, ale czy urodzi się koteczka, o jakiej marzę? Przyszła partnerka kocura miała wtedy dziesięć miesięcy. Krycie planowano dopiero za 3-4 miesiące. Oczekiwanie, maile. Wreszcie jest miot!
W miocie są dwie koteczki, rude klasyczki z białym! Hodowczyni kazała mi czekać osiem tygodni, by je ocenić. Przysłała zdjęcia obydwu. Mam wybrać. Ups! Jak? Poprosiłam o fotografie we wszystkich możliwych pozycjach. Długo studiowałam wszystkie informacje. Wreszcie wybrałam jedną z koteczek. Teraz wiem, że hodowczyni w ten sposób sprawdzała moją wiedzę na temat MCO. Zdałam egzamin.
Taka cosia miała do mnie przylecieć za kilka tygodni. Sońka.

Sonia

Wtedy właśnie mama Sońki stwierdziła, że macierzyństwo nie jest jej posłannictwem. Kociaki przeszły częściowo na butelkę, oraz pod czułą i troskliwą opiekę tatusia.
Sonia z tatą Mijały tygodnie intensywnej wymiany maili. A w nich informacji o niezbędnych dokumentach, o tym, jak najlepiej przewieźć maludę. Niestety, nie miałam w Stanach nikogo, kto mógłby zabrać kociaka ze sobą lecąc do Polski. Zapadła decyzja o wysłaniu jej samej. Im bliżej terminu, tym bardziej rosło napięcie. Obydwie strony gorączkowo dogrywały formalności co do szczepień, dokumentów wywozowych, przepisów celnych, zaświadczeń weterynaryjnych wymaganych u nich i u nas. Na szczęście pracowałam wtedy w firmie DHL zajmującej się transportem przesyłek, również międzynarodowym i lotniczym. Koledzy z działu celnego pomogli opanować przepisy, a moja lekarz weterynarii - spełnić wymogi strony polskiej. Przepisy znałam niemal na pamięć. Wreszcie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik.
Hodowczyni Sońki zadawała mi w mailach mnóstwo pytań. Nie mam już tej korespondencji, bo przepadła po zmianie systemu w komputerze, ale kilka pytań pamiętam. Na przykład: jak poradzę sobie ze znaczącą w rui kotką (w tym akurat miałam doświadczenie dzięki Bajrze), jakie przeprowadzę badania chorób genetycznych, jak wybiorę kocura do krycia? Wysłałam jej zdjęcia pierwszego miotu, żeby pokazać, gdzie w moim domu przebywają kocięta. Najbardziej ubawiło ją zdjęcie mojego męża siedzącego na środku pokoju, od stóp do głów oblezionego przez kociaki.
Wybór koteczki na podstawie zdjęć to niełatwa sprawa. Prosiłam o zdjęcia z profilu (kształt głowy i brody), stojącej (długość ciała, proporcje i długość ogona), en face (wielkość i kształt uszu, osadzenie oczu i ich wyraz). Pytałam o wagę urodzeniową, o rozwój w pierwszych tygodniach, o jej pozycję w stadzie kociaków i o charaktery rodziców. Te pytania dawały też hodowczyni Sońki pogląd na temat poziomu mojej wiedzy.
W końcu nadszedł dzień, kiedy koteczka była już w drodze za ocean. Godziny dłużyły się strasznie. W obydwie strony latały maile:
Napisz mi, jak tylko doleci!
Oczywiście, zaraz napiszę!
ALE NA PEWNO NAPISZ! NA PEWNO NAPISZĘ!!!

Jedziemy na lotnisko cargo. Mąż prowadził auto, bo ja na pewno spowodowałabym jakąś kolizję. Z nerwów. Dojechaliśmy. No i zaczęło się. Nikt nic nie wie. Czy samolot wylądował? Czy zwierzak jest na pokładzie? Nic!!! W końcu pomogli koledzy z mojej firmy. Wydusili z odpowiedniego miejsca informację, że samolot jest opóźniony o 2 godziny. To były dwie najdłuższe godziny w moim życiu. Koledzy ratowali mnie kawą i wsparciem moralnym.

W końcu samolot wylądował. Zaczęło się bieganie od okienka do okienka. Nikt nic nie wie o kociaku na pokładzie. Moją rosnącą desperację zauważyła w końcu pewna starsza urzędniczka. Podniosła słuchawkę telefonu i ryknęła: No, jak to? Nie wiecie? Gdzie ten kot?! Tu ludzie na niego czekają!!! Dokumenty mi tu zaraz przynieść!!!. Jestem jej za to dozgonnie wdzięczna. Uiściłam jakieś opłaty, zebrałam jakieś papierki, pobiegłam do dyżurującego na lotnisku lekarza weterynarii. Czekanie. Kolejne papierki i opłaty. A w głowie mam obraz biednego, zdezorientowanego kociaka, czekającego gdzieś w czeluściach lotniska. Za mną biegał mąż. Czasami nie wyrabiał się na zakrętach, bo prędkości rozwijałam zdecydowanie niestosowne dla swojego wieku i kondycji.
Ostatni bastion - celnik. Nakazałam mężowi milczenie i dałam pokaz życia. Zrobiłam z siebie idiotkę kompletną, szurnietą miłośniczkę kotów, nierozgarniętą paniusię. Mąż siedział z oczami jak przedwojenne pięciozłotówki. Chyba go zatkało. Show jednak był skuteczny. Kot wyceniony został na 40 EUR, a od takiej wartości nie płaci się cła. Biedny celnik. Zanim zrobiłam mu wodę z mózgu doskonale wiedział, jaką wartość ma taki rasowy kot. Jeszcze jeden papierek z pieczątkami, jeszcze jedno okienko.
Wreszcie na wózku widłowym z paletą przywieziono duży transporter. Rzut oka do środka. Maleńkie, rudo-białe coś siedzi w środku i trzęsie się okropnie. Żyje! Zagadałam: Niuuuniaaa moooojaaa!. Nosek dotknął przez kratkę mojego palca. Transporter w rękę, do samochodu, do domu!
Mąż mawiał potem, że jego zdaniem, gdyby coś nie poszło po mojej myśli na lotnisku - Archanioł Gabriel z mieczem płomienistym byłby mniej przekonywujący niż ja.

W domu były wtedy jeszcze dwa kociaki Bajry z drugiego miotu: Bellatrix i Bushido, o dwa tygodnie młodsze od Sońki.
Bajra dostała właśnie rujki (nie kastrowałam jej jednak podczas cesarki, bo specjalista obawiał się, że kocica może stracić pokarm) i miała areszt tymczasowy w bibliotece. Z dwóch powodów. Podczas rui zdarzało jej się znaczyć moje łóżko i - co gorsza - bardzo źle traktowała małe: biła łapą, fukała, warczała, przeganiała. Ten zbieg wydarzeń okazał się bardzo szczęśliwy przy wprowadzaniu Sońki do nowego domu.
Postanowiłam odizolować ją na dwa tygodnie w sypialni, by zaoszczędzić dodatkowego stresu spotkania z małymi i nie dopuścić do powstania problemów zdrowotnych (inna flora bakteryjna, obawa, że mogła przywieźć coś z podróży).
Otwieramy transporter w sypialni. Wychodzi z niego dziarskim krokiem maluda, ogląda nowe pomieszczenie, patrzy na nas i... pisk radości: Luuuudzieee! Po transkontynentalnej podróży była w znakomitej kondycji. Tylko na brzuszku miała trochę pozlepiane wodą rozlaną z pojemniczka futerko. W wyścielonym sztucznym futerkiem transporterze miała mini-kuwetkę, oraz miseczki z wodą i karmą. Baranim wzrokiem patrzyliśmy, jak mała bez problemów zwiedza pokój, wskakuje na łóżko, zaczyna się do nas miziać.
Jak oparzona pobiegłam do komputera zdać relację hodowczyni. W takim samym tempie wróciłam do pokoju. Znów powitał mnie pisk radości. Tak było za każdym razem, kiedy do niej wchodziłam. Napiła się wody. Bardzo chętnie zjadła podawane ręką chrupki. Poznałam jej zwyczaje miskowe. Wodę beztrosko rozchlapywała na prawo i lewo, chrupki mieszała łapą, wyciągała z miski i ganiała po pokoju.
Chyba właśnie wtedy nawiązała się między nami szczególna więź. Każdej nocy, po krótkim spacerze po mnie, przychodziła na swoje miejsce na poduszce. Wtulała się tak blisko mojej twarzy, że niemal nie mogłam oddychać. Obejmowałam ją ramieniem, czułam jak kocie mięśnie rozluźniają się, słyszałam głośne mruczenie. Po dłuższej chwili mruczenie cichło. Zasypiałyśmy. Rano leżała wtulona we mnie. Otwarcie oczu rozpoczynało radosne piski, lizanie (co zresztą zostało jej do dziś), mizianki i harce na pościeli. Apetyt dopisywał, zdrowie też. Zbliżał się czas poznania moich maluchów.

Drzwi sypialni zostały otwarte. Sońka traktowała ten pokój jako swoją wyłączną własność, czuła się w nim świetnie. A małe nigdy tam nie były. Weszły na ugiętych łapach, ostrożnie badając, co też może kryć się w tym tajemniczym, do tej pory niedostępnym miejscu. Wiedziały, że Coś tam jest. Słyszały piski Sońki. Czuły jej zapach. Próbowały dotykać się łapkami przez szparę pod drzwiami.
Coś tam było. Z wyżyn łóżka uważnie obserwowało kociaki. Potem zeszło na podłogę i zbliżyło do nich. Obydwa, jak na komendę wygięły się w łuk i powiedziały: Phyyyy!. Coś się tym nie przejęło i zaczęło podchodzić bliżej. Małe doszły do wniosku, że nie ma co się wysilać ze straszeniem, skoro to nie daje efektu. Wróciły do inspekcji misek i kuwety Sońki. Były jeszcze jakieś poprychiwania z ich strony, ale szybko ucichły. Obydwie strony zajęły się zwiedzaniem nieznanych jeszcze rejonów mieszkania. Stoicki spokój Sońki, zero reakcji na fukania i powarkiwania, oraz jej otwarta i przyjacielska natura sprawiły, że po kilku godzinach całe towarzystwo razem szalało po mieszkaniu. Jakby były z jednego miotu.

Sonia

O zgrozo, Sońka pokazywała maluchom, jak dostać się tam, gdzie do tej pory nie wlazły. I co jeszcze można zbroić. I jak nie dać się na tym złapać. Jej umiejętności manualne (a raczej łapualne) podnosiły mi włos na głowie. Przewidzenie, co też nowego wymyśli stanowiło nie lada wyzwanie.

Koty były zgraną paczką. Pewnego dnia sielanka jednak zaczęła się kończyć. Bella była koteczką o stanowczym, dość władczym charakterze. Mała despotka, po mamusi. Bushi, okaz spokoju, nic nie było w stanie go zdenerwować, ani przestraszyć. Misio, po tatusiu.
Małej B. ulęgło się w łepetynie, że to właśnie ona powinna być przywódczynią tego mini-stadka. Zaczęła gnębić i zaczepiać brata, napastować Sońkę, a nawet podskakiwać mi podczas czesania, czy obcinania pazurków. O ile ze mną nie miała szans, o tyle na brata i Sońkę nieźle napadała. Bushi przyjmował to ze stoickim spokojem, na zasadzie Oj, babo. Odczep się, Sońka ustępowała i wycofywała się bez walki. Ale mała nadal pokazywała pazurki.
Po trzech dniach takich akcji Bushiemu skończyła się cierpliwość. Kiedy siostra znów zaczęła go tarmosić, oddał. Spróbowała się odgryzać - oddał w dwójnasób. Przez pokoje przetaczała się fukająca, wrzeszcząca, wierzgająca kula futra. Przyglądałyśmy się temu razem z Sońką, która zajęła dogodny punkt obserwacyjny, owinęła łapki ogonkiem i kwitowała całe zamieszanie miną: Nareszcie ktoś robi porządek z tą jędzą.
Bella wreszcie zorientowała się, że nie wygra. Zaczęła uciekać. Za nią gonił Bushi, tłukąc ja namiętnie. Kiedy w końcu poddała się, postał chwilę nad leżącą brzuchem do góry siostrą i spokojnie odszedł. Od tej pory panna zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Słodkie stworzonko, mruczące, miziające się do Bushiego, Sońki i mnie.

W końcu dołączyła do nich wypuszczona z izolatki Bajra. Bardzo stanowczo odrzucała pchające się do cyca małe. Biedne, nie wiedziały o co chodzi. Bushi był tak rozżalony brakiem dostępu do baru mlecznego, że w poszukiwaniu go obślinił Sońce cały brzuszek, od szyi do ogonka. Bajra traktowała rudą jedno z małych, co na początku bardzo ułatwiło ich relacje.


poprzednipowrót do spisudalszy ciąg