Grey Shadow
hodowla kotów Maine Coon

Straszna szóstka

Nadszedł czas, gdy panienka zaczęła czuć wolę bożą. I wyrażać to nad wyraz dobitnie. Wyznania miłości i pożądania słyszane były nie tylko przez najbliższych sąsiadów, ale w odległości kilku przecznic. Trzeba było panience wyrobić licencję hodowlaną.

Pierwsza wystawa. I ostatnia. Kotka była tak zestresowana, że niemal nie można było przynieść jej do oceny. Wyjęta z klatki łapała mnie kurczowo łapkami za przedramię i nie dawała się oderwać. Z pomocą przyszła nam hodowczyni Bajry, w której pewnych rękach kocica uzyskała dwie wymagane do licencji oceny. Przy takim stresie nie miało jednak sensu dalsze jej wystawianie.

Kawaler został wybrany. Przy następnej rujce Bajra zyskała przydomek seksiara, nadany jej przez właścicieli partnera. Randka była nadzwyczaj udana. Panna wcale nie miała zamiaru wracać do domu, rozmiłowana w nowo odkrytych rozkoszach życia. Po powrocie odsypiała przez tydzień.

Niestety, po 4 tygodniach pojawiły się problemy. Konieczne okazały się częste wizyty u weterynarza i zabiegi w domu. Kocięta, kontrolowane USG były w świetnej formie.

Kiedy nadszedł dzień porodu klinika i specjalista postawieni zostali w stan alarmu. Po wizycie w przychodni - na szczęście tylko dwieście metrów od domu - zapadł wyrok. Jeśli do określonej godziny nie zacznie się akcja porodowa, będzie cesarka. Rozpoczęło się nerwowe czekanie. Nazbyt wczesne wykonanie zabiegu groziło tym, że kotka przez kilka dni nie dostanie pokarmu, a małe będę skazane na butelkę. Na godzinę przed zaplanowanym terminem cesarki pojawiło się mleko w sutkach, ale kocica nie zaczęła rodzić. Cesarka. Dogrzewanie i suszenie noworodków suszarką. Reanimacja najmniejszego kociaka.

BajraWreszcie powrót do domu w mroźny, zimowy dzień - z ledwo wybudzoną, opatuloną kocami i swetrami Bajrą, oraz sześciorgiem maluchów zapakowanych w owiniętą wełnianą czapką męża plastikową miseczkę niesioną pod ubraniem przy ciele.

Zaczęły się długie godziny siedzenia przy kocicy w jednej pozycji, by jeszcze pod wpływem narkozy nie zrobiła niechcący krzywdy małym. Przystawianie maluchów do cycka. Dostały dawkę narkozy z krwi matki, więc długo nie umiały zassać. Pilnowanie, przystawianie, uspokajanie kocicy. Kiedy w końcu próbowałam wstać - nie byłam w stanie, cała zesztywniała. Z pokoju wyszłam na czworakach.

Po tak dramatycznym wejściu w życie maluchów dalsze dni były już sielanką. Kocica opiekowała się nimi rewelacyjnie. Mleko w ilości nieprzyzwoicie dużej, jak na kota. Brzuszki starannie wylizane, małe wysadzone, najedzone do rozpuku, śpiące słodko. Jeśli chodzi o toaletę małych, Bajra miała śmieszny zwyczaj. Nie znosiła zajmować się tym przy świadkach. Długo myślałam, że w ogóle tego nie robi. W końcu podpatrzyłam jednak staranne manipulacje podogonkowe. Gdy wchodziłam do pokoju, natychmiast przerywała i wlepiała we mnie złowrogie spojrzenie z jednoznacznym komunikatem: Czego? To intymna czynność, WON! Wiele razy, kiedy mój mąż w nieodpowiedniej porze zapędził się do "kociego pokoju" - czyli do biblioteki - słyszałam oburzone: Rrrriiiaaauuu! kocicy, a po nim: Przepraszam, już wychodzę! męża. Acha, trafił na wysadzanie maluchów.

Straszna szóstkaNastał czas "Strasznej szóstki". Dlaczego "strasznej"? Bo w tym miocie były kociaki bijące na głowę sprytem, uzdolnieniami manualnymi, sprawnością fizyczną i skłonnością do psot wszystkie kolejne.
Żadna zagroda nie była dość wysoka, by uniemożliwić im wyłażenie. Co tam wyłażenie - wyskakiwanie, jak wiewiórki z pudełka. A miały wtedy zaledwie cztery, czy pięć tygodni. Żeby to tałatajstwo pomału zaczynało zwiedzać nieznane sobie terytorium. Nie. Leciało, jak z turbodoładowaniem, a za uciekinierem biegła Bajra, wzywając mnie na pomoc z rozpaczą w głosie. Obydwie łapałyśmy kociaka. Do kojca, chwila spokoju i od nowa. Po tygodniu łapanek poddałam się i wypuściłam towarzystwo na całe mieszkanie.

Gdyby nie Bajra, żelazną łapą wychowująca małe, pewnie bym przy tych łobuzach osiwiała. Jej zawdzięczam zdrowie psychiczne i resztkę nie wyrwanych z rozpaczy włosów. Metody wychowawcze Bajry były godne podziwu. Była staranną matką, dbała o małe wzorowo, czuła i troskliwa. Ale miała też bezwarunkowy autorytet i żelazną konsekwencję.

Bajra leży, wokół bawią się małe. Bajra patrzy w kierunku jednego z kociaków. Kociak, jak przyciągany magnesem odwraca się do matki i zaczyna iść w jej kierunku. Gdy Bajra wyciąga łapę, by go przygarnąć malec zaciekawiony zabawą rodzeństwa, zmienia kierunek i odbiega. Oczy kocicy zwężają się momentalnie, uszy kładą płasko. Zrywa się, dopada malca, przydusza go do ziemi. Urządza mu energiczną toaletę, potem puszcza. Skoro jej zdaniem to był czas na mycie, nie na zabawę, a malec to zignorował - trzeba było przywołać go do porządku.

Następna scenka. Posiłek. Bajra dojada resztki po małych, które już najedzone szaleją dookoła. Ogon kocicy leży na podłodze. Jeden z kociaków dopada wspaniałej zabawki, wgryza się w nią zębami, wczepia czterema łapkami. Bajra nie przerywając konsumpcji podnosi tyłek i przekłada ogon poza zasięg malca. Unoszący się w górę ogon to jeszcze większa pokusa. Znów skok, wczepienie się. W tym momencie Bajra ma dosyć. Rzuca niesfornemu malcowi jedno, jedyne spojrzenie przez ramię. Wiuuuuuuu! Kociaka w sekundę zmyło pod stolik. Bajra spokojnie kończy posiłek.

Mamy 3 miesiące Niektóre problemy wychowawcze wymagały jednak mojej pomocy.
Anaja, jedyna z całego miotu nie chciała skosztować mięsa. Wszystkie rąbią, aż im się uszy trzęsą, a ta nawet do miski nie podchodzi. No, czekaj ty! Trzeba sposobem. Tylko jakim?
Mięsko wsadzone do pyszczka? Błeeee!
Puszeczka wymieszana z mięskiem? Feeee!
Serek z mięskiem (w przypływie rozpaczy)? Nieeejadalneee!
Zaczęłam obserwować jej zachowanie. Zauważyłam, że zawsze najlepsza jest zabawka, którą właśnie bawi się jakiś kociak. Ta sama zabawka leżąca w kącie już nie jest tak atrakcyjna. Zabrać coś rodzeństwu sprzed łapek? To dla Anai super sprawa! Rzuciłam jej kulkę mielonego mięsa. Zero zainteresowania. Wstrętne mięso. Nowa zabawka zaciekawiła innego kociaka. Zabrał i zjadł. Anaja bacznie go obserwowała. Nowa kulka leci przed jej łapki. Braciszek podbiega, ale panienka przytrzymuje kulkę łapką. Moja zabawka, nie dam! Kulka przykleja się do puchatej łapki. Łapkę trzeba oczyścić. Czyszcząc, wziąć to coś do pyszczka. Hmmm, niezłe! Zabawka z mięsa znika w kocim żołądku. Robię nową. Rzucam. Anaja już bez wahania łapie ją w pyszczek i pomału zjada. Rzucam następne kulki, coraz bliżej miski. Gonione i szybko zjadane. Ostatnią wrzucam do miski, a Anaja zaczyna zajadać ze smakiem. Uff. Potem wystarczyło już tylko postawić miskę z mięsem. Było równie dobre, jak to w kulkach rzucanych na podłogę. A ja mogłam rzadziej myć parkiet.

Na szczęście nie cała szóstka była taka postrzelona. W innym wypadku Bajra i ja już dawno byłybyśmy siwiuteńkie. Ale w te zwykle grzeczne i spokojne kocięta też czasami wstępował mały diabeł. Nawet stateczna Bajra dawała się wciągnąć w ich szaleństwa.
Na przykład lokomotywa i wagoniki. Leżę na kanapie i widzę - a dokładniej mówiąc, najpierw słyszę - zbliżający się pociąg. Duży ogon, jak chorągiew na czele to lokomotywa Bajra, potem 6 małych ogonków wagoników kociaków. Pociąg przelatywał z prędkością ekspresu przez pokoje, zmiatając wszystko na drodze. Po nawrocie lokomotywa leciała z tyłu za wagonikami. Znalezienie się na trasie kociego ekspresu groziło katastrofą, bo wszystko spiętrzało się na nogach przeszkody.

Każdy nowy opiekun kociąt był uczciwie informowany o charakterze swojego wybranka, żeby nie było niespodzianek i reklamacji. Dzięki temu relacje typu: Almond zrzucił telewizor i wideo traktowałam z pełnym spokojem. Widziały gały, co brały. Rozłożyłam bezradnie ręce, kiedy w szalonej Aszante od pierwszego wejrzenia zakochała się pani, która chciała spokojną koteczkę, kolanówkę. Po roku informowała mnie: Jak była postrzelona na wesoło, tak i jest.

W bajrzyne metody wychowawcze ingerowałam tylko na początku. Niedoświadczona i głupia. Za każdą moją ingerencją Bajra patrzyła, jakby chciała powiedzieć: Moje? Moje! To je wychowuję, jak chcę! A Tobie nic do tego!. Odpuściłam, stwierdziwszy, że jednak ma na dzieciaki lepszy wpływ niż ja. Każdemu opiekunowi kociaka, chwalącego mnie za jego dobre wychowanie mówiłam: To w 99% zasługa Bajry, ja to tylko ten 1%.


poprzednipowrót do spisudalszy ciąg